Co by się stało, gdyby Internet nagle przestał działać?

Internet stanowi fundament dzisiejszej gospodarki, a wielu z nas nie wyobraża sobie bez niego życia. Oracle prognozuje, że ten rok będzie dla globalnej Sieci przełomowy. Po raz pierwszy w historii natężenie ruchu IP przekroczy bowiem próg 1 ZB (Zettabajta), a w ciągu kolejnych 3 lat ta liczba podwoi się. Co by się jednak stało, gdyby Sieć nagle przestała działać? Czy natłok danych może ją zabić? Czy internetowy blackout to scenariusz, który może stać się faktem? Co ma na myśli Eric Schmidt, prezes Google Executive Chairman, który podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos stwierdził: „Internet zniknie”? Czy czeka nas cyfrowa apokalipsa?

Świat offline, czyli co może zabić Internet?

Marc Elsberg jest autorem poczytnej katastroficznej powieści pod tytułem „Blackout”. Zarysowuje w niej przerażający scenariusz: w całej Europie następuje nagła przerwa w dostawie prądu. Miasta toną w ciemnościach. Jest zima. Po kilku dniach zaczyna się chaos. Doskwiera brak ogrzewania, kłopoty z lekami, jedzeniem i wodą. Czarny scenariusz kreślony przez Elsberga równie dobrze można by dopasować do przerwy w dostawie Internetu. Gdyby globalna Sieć nagle i bezpowrotnie przestała działać, to cywilizacja, jaką znamy obecnie, po prostu zawaliłaby się. Nie byłby to już ten świat, który znamy i do którego się przyzwyczailiśmy. Istnieją przynajmniej 4 potencjalne zagrożenia, które mogą doprowadzić do tego stanu i spowodowaćvśmierć Internetu.

Po pierwsze – Słońce. To, co dzieje się ponad 150 mln km stąd, na powierzchni naszej gwiazdy, ma wbrew pozorom naprawdę spore znaczenie dla ziemskich systemów łączności. Głównym zagrożeniem są przede wszystkim rozbłyski słoneczne. Takie jak ten z 1998 roku, kiedy to satelita Galaxy IV, wart około 250 mln dolarów, nagle wymknął się spod kontroli, podobnie jak kilka innych obiektów tego typu w tym samym dniu. Efekty? Ponad 80 proc. pagerów w Stanach Zjednoczonych przestało działać. Lekarze, managerowie i dostawcy leków – wszyscy nagle przestali otrzymywać powiadomienia na swoje pagery. Szacuje się, że właśnie za sprawą rozbłysków słonecznych w ciągu ostatnich lat utraciliśmy kontakt z aż 12 satelitami orbitującymi wokół naszej planety. Rozbłyski mogą niekiedy być tak silne, że skutkują wywołaniem poważniejszych zagrożeń – burz magnetycznych, spowodowanych nadmierną aktywnością Słońca. Największą z nich, znaną jako rozbłysk Carringtona, odnotowano w 1859 roku. Za jego sprawą doszło do zerwania łączności telegraficznej między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Gdyby taki rozbłysk się powtórzył dzisiaj, Internet mógłby znaleźć się w poważnych tarapatach.

Po drugie – cyber-wojna, rozumiana nie tylko jako zmasowane ataki hackerskie (połączone z przejęciem kontroli nad wieloma komputerami czy całymi sieciami), lecz także fizyczne uszkodzenie infrastruktury informatycznej.

Po trzecie – polityka i politycy. Niektórym państwom szczególnie zależy na kontrolowaniu i filtrowaniu treści dostępnych w Sieci. Nie wahają się odcinać dostęp do Sieci swoim obywatelom, ani dawkować im odpowiedniej dozy politycznej propagandy. Przykłady? W wyniku powyborczych zamieszek w 2010 roku w Iranie tamtejszy rząd zdecydował się zablokować dostęp do Internetu na 45 minut, przypuszczalnie chcąc dokonać filtracji treści na portalach takich jak YouTube czy Twitter. Rok później ten sam scenariusz powtórzył Egipt. Chiny nieustannie od kilku lat starają się stworzyć „własny Internet”, odpowiadający oficjalnej ideologii państwa.

Po czwarte – fizyczne uszkodzenie łączności Internetowej. Czasami bywa tak, że największym zagrożeniem dla globalnej Sieci, łączącej ze sobą miliardy komputerów, bywa pojedynczy człowiek. Kilka lat temu cyfrową apokalipsę przeżyła Armenia. Wskutek niefortunnego incydentu jej obywatele stracili dostęp do Internetu na ponad 12 godzin. Hayastan Shakarian, 75-letnia kobieta z Gruzji, państwa zaopatrującego w Internet ponad 90 proc. społeczeństwa ormiańskiego, przez przypadek przecięła łopatą przewód optyczny, którym Internet płynął do Armenii. Starsza pani, poszukując miedzi do sprzedaży na złomowisku, natknęła się na jakiś przewód na obrzeżach Tbilisi. Postanowiła go wykopać. Kilka ruchów łopatą sprawiło, że pozbawiła Internetu ponad 3,2 mln mieszkańców Armenii. Na szczęście dla Ormian sytuację udało się opanować, a Internet powrócił do ich komputerów i smartfonów. Mimo że ormiańska gospodarka doznała szoku i nagle po prostu stanęła w miejscu, to początkową panikę oraz dezorientację obywateli udało się opanować i uspokoić. W międzyczasie Shakarian w rozmowie z policją przyznała się do przecięcia kabla, choć stwierdziła: – Nie wiedziałam, że zrobiłam coś złego. Ja nawet nie wiem, czym jest ten Internet. Hayastan Shakarian w swojej niewiedzy nie jest odosobniona. Nawet eksperci IT głowią się nad tym, czym właściwie jest dzisiejsza Sieć – i jaka czeka ją przyszłość?

Znikający Internet

W trakcie panelu dyskusyjnego „Przyszłość Cyfrowej Gospodarki” Eric Schmidt z Google zmierzył się z pytaniem o przyszłość Internetu. Jego odpowiedź była zaskakująca: – Internet zniknie. Będzie tyle adresów IP, tyle czujników, urządzeń, rzeczy, które nosisz, z którymi wchodzisz w interakcje, że nawet tego nie zauważysz. Internet zniknie gdzieś w tle. Stanie się niezauważalny.

Schmidt nie twierdził, że czeka nas koniec Internetu w ogóle. Mówił raczej: skończy się Internet w takim wydaniu, jakie znamy obecnie. Sam przyznał, że najmocniej wierzy w rozwój „Internetu Rzeczy” (IoT, Internet of Things), czyli połączonej ze sobą Sieci autonomicznych smart-urządzeń, które będą zdolne gromadzić informacje o swoim użytkowniku i samodzielnie komunikować się ze swoimi twórcami. Podobnie uważa Satya Nadella. CEO Microsoft twierdzi, że przyszłość Internetu, czy też raczej: Internet przyszłości, przybierze bardziej spersonalizowane formy i uniezależni się od klasycznych komputerów. Jednocześnie, dzięki zastosowaniu nowych rozwiązań, stanie się bardziej przyjaznym i bezpiecznym środowiskiem. Jednym z pomysłów definiujących przyszły Internet, jest idea „świata bez haseł” (Password-Free World). Nadella rozumie przez nią odejście od haseł jako ciągu znaków wpisywanych z klawiatury komputerowej. Podczas przemówienia w Mumbaju potwierdził, że Microsoft pracuje nad rozwiązaniem, dzięki któremu hasła nie będą już czymś, co można złamać czy zhackować. Wykorzystanie danych biometrycznych ma pozwolić na skuteczniejsze zabezpieczenie interfejsów komputerowych. Scenariusz Password-Free World ziszcza się już teraz w postaci interfejsu Windows Hello, dostępnego w najnowszych komputerach z Windows 10 (np. Surface Pro 4), wyposażonych w kamerę z funkcją rozpoznawania twarzy. Użytkownik jest tu weryfikowany poprzez „skanowanie” twarzy i aby zalogować się do swojego konta nie musi wpisywać hasła – wystarczy, że spojrzy w kamerę. W testach przeprowadzonych przez serwis The Australian Windows Hello okazał się praktycznie bezbłędny. Na sześciu parach niemalże identycznych bliźniaków, którzy mieli zalogować się na konto w komputerze rodzeństwa, rozpoznawał bezbłędnie prawdziwego właściciela, uniemożliwiając tym samym jego rodzeństwu dostęp do przechowywanych treści.

Z tezą o „zbliżeniu Internetu do człowieka” i „ludzkich interfejsach komputerowych”, które staną się możliwe dzięki rozwojowi IoT, trudno się dziś nie zgodzić. IDC szacuje, że globalny rynek Internet of Things powiększa się już w tempie 16,9 proc. w skali roku. Według raportu „Worldwide Internet of Things Forecast, 2015–2020” jego wartość w zeszłym roku szacowana była na poziomie 655,8 mld USD, ale w 2020 roku ma sięgnąć już 1,07 bln USD. Do tego czasu na globalnym rynku będzie już blisko 30 mld smart-przedmiotów, dysponujących autonomicznym dostępem do Sieci, tzn. posiadających własny, unikalny adres IP. To niemal cztery razy więcej, niż wyniesie populacja ówczesnego świata.

Jednak termin „Internet Rzeczy” może być mylący. Internet Rzeczy wcale nie jest Internetem „rzeczy”, lecz danych. Gdyby nie one IoT byłby tylko fabryką elektrośmieci. Według szacunków Cisco zawartych w Global Cloud Index Study, do 2018 roku IoT wytwarzać będzie rocznie ponad 400 Zettabajtów danych. Te liczby oznaczają kolosalne przeobrażenia zarówno dla biznesu, jak i zwykłego użytkownika.

Cyfrowy zawrót głowy

Ilość danych w Sieci produkowana jest w zawrotnym tempie. W ciągu 24 godzin z okna przeglądarki dociera do nas potencjalnie więcej informacji, niż nasi dziadkowie konsumowali przez całe swoje życie. Internet pęka w szwach i rok do roku powiększa się o ponad 40 proc. Teraz, według szacunków Oracle liczy już ponad 8 Zettabajtów danych. Do 2020 roku powiększy się do 45 ZB. Z epoki Big Data przechodzimy do epoki Huge Data. W 2020 roku na każdego mieszkańca Ziemi przypadnie tym samym ponad 5 GB cyfrowych informacji – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, warszawskiej spółki, która stworzyła największą platformę Big Data w tej części Europy.

Natłok informacji w Sieci zrodził u niektórych obawę, czy oby na pewno Internet wytrzyma eksplozję Big Data. Od samego początku globalna Sieć została pomyślana w ten sposób, aby udźwignąć przyszły napór informacji. Nie grozi nam więc „przesycenie” Internetu. Wielu mylnie wyobraża sobie globalną Sieć jak filiżankę, do której wlewa się herbatę. Po przekroczeniu pojemności herbata wylewa się, ściekając po ściankach. Tymczasem bardziej właściwa byłaby metafora Internetu jako studni bez dna: żadna ilość informacji nie zdoła go zasypać (czytaj: uśmiercić). Tymi „studniami bez dna”, dzięki którym Internet może rosnąć w dane bez obawy, że któregoś dnia nastąpi implozja, są platformy DMP (Data Management Platforms). To właśnie dzięki platformom magazynującym i przetwarzającym Big Data w chmurze obliczeniowej, Internet może rozwijać się spokojnie.

– Dzisiejszy świat to „świat 2.0”. Firmy wykorzystują dziś nowe technologie nie tylko po to, by wyróżnić się na rynku, lecz głównie po to, by w ogóle na nim przetrwać. Biznesowy sukces idzie w parze z cyfrowym kapitałem firmy, jej technologicznym know-how. Jego źródłem są zasoby Internetowe: wielkie zbiory danych, Big Data. Zarządzanie strukturą firmy, optymalizacja procesów biznesowych i HR-owych, rozbudowa systemów CRM dzięki zewnętrznym platformom danych, zdobywającym i rozbudowującym wiedzę o kliencie i jego zachowaniach, intencjach zakupowych czy gustach – to tylko niektóre z działań, jakie umożliwia dziś analityka danych. Wszystkie one stanowią „chleb powszedni” dzisiejszego biznesu – mówi Piotr Prajsnar. I dodaje: – W epoce cyfrowej nawet małe i średnie biznesy nie mogą pozwolić sobie na ignorowanie danych, ponieważ wiedzą, że stracą wówczas konkurencyjność na rynku. Potwierdza to raport „Big & Fast Data: The Rise of Insight-Driven Business” autorstwa CapGemini. Na ponad 1 000 przebadanych przedsiębiorstw aż 2/3 z nich rozumie, że jeśli zaniedba wdrożenie nowych narzędzi biznesowych z zakresu analityki danych i zostanie wyprzedzone przez konkurencję.

Internet umożliwił narodziny wielu biznesów, które bez niego nie miałyby żadnej ekonomicznej racji bytu. Gdyby zatem zabrakło Sieci, wiele firm po prostu nie odnalazłoby się w rzeczywistości offline i byłoby skazanych na porażkę.

– Nawet chwilowy brak dostępu do serwisu oznacza ogromne straty.  Przykładem może być zaledwie 40-minutowa niedostępność witryny Amazona, która dwa lata temu kosztowała spółkę 4,8 mln dolarów. To oczywiście przykład giganta, w przypadku którego nawet chwilowa przerwa w funkcjonowaniu generuje kwoty wyrażane w milionach, ale dobrze pokazuje on skalę problemu – zauważa Ewelina Hryszkiewicz, kierownik produktu Atman, firmy będącej największym operatorem centrum danych w Polsce.

Internetowy blackout równie mocno, co biznes, odczuliby sami użytkownicy, których liczba już teraz przekracza 3,3 mld, zaś e-Marketer prognozuje, że w 2018 roku internautą będzie już co drugi człowiek na Ziemi. Co krach globalnej Sieci oznaczałby dla nas? Utracilibyśmy bieżący, darmowy i łatwy dostęp do informacji, zdigitalizowanych dóbr kultury, książek, filmów, obrazów czy muzyki. Utrata cyfrowej biblioteki byłaby dziś zapewne bardziej bolesna, niż znany z antyku pożar „biblioteki świata” w Aleksandrii. Utracilibyśmy także naturalnego adresata naszych pytań, jakim jest  Google. Ta wyszukiwarka już teraz odpowiada na ponad 100 miliardów zapytań internautów miesięcznie, z czego aż 1,17 mld to zapytania unikatowe. Być może równie mocno ucierpiałyby nasze stosunki ze znajomymi z mediów społecznościowych. Dzisiaj to właśnie komunikatory internetowe, jak np. Skype czy Messenger, stanowią jeden z głównych kanałów komunikacji, a media społecznościowe zaspokajają naszą ciekawość, streszczającą się w pytaniu: „co ciekawego u nich słychać?”. A zawsze coś słychać – według badań DOMO w ciągu minuty użytkownicy Facebooka tworzą blisko 2,5 mln nowych treści: postów, komentarzy, share’ów, lajków, etc.

E-commerce bez „e”

W przypadku internetowego blackoutu trudno byłoby nam również pogodzić się z utratą możliwości kupowania online. E-handel to dzisiaj jedna z najdynamiczniej rozwijających się gałęzi biznesu. Wystarczy popatrzeć na firmy takie jak Amazon, eBay czy Alibaba, aby zrozumieć, że cyfrowy handel to dzisiaj żyła złota. Rynek sprzedaży online notuje z roku na rok dwucyfrowe wzrosty, a według badań CBOSu już średnio co drugi Polak robi zakupy w Internecie.

Według badań Eurostatu aż 2/3 internautów (65 proc.) z obszaru Unii Europejskiej w 2015 roku dokonało transakcji online. Tymczasem w 1966 roku tygodnik „The Time” prognozował, że sprzedaż wysyłkowa (czyli protoplasta dzisiejszego sektora e-commerce) nie ma przed sobą żadnej przyszłości i w ciągu najbliższych lat okaże się totalną klapą. Powód miał być oczywisty: kobiety wolą przecież oglądać produkty „na żywo”, wspólnie z koleżankami. Wyjście na zakupy to nie tyle kupno towaru, co pewien rytuał. The Time pomylił się jednak okrutnie.

E-commerce to dzisiaj jeden z największych generatorów przychodów. Na globalnym rynku e-handlu dominuje dzisiaj gospodarka Państwa Środka. Według badań eMarketera to właśnie e-commerce stanowi w Chinach najszybciej rozwijającą się działalność w obszarze online, zaś wydatki w tym segmencie rynku w ubiegłym roku sięgnęły ponad 672 mld dolarów. Do końca tego roku mają już wynieść ponad 911 mld dolarów. Badania Remarkety donoszą, że w Wielkiej Brytanii przychody z e-handlu stanowią już blisko 1/3 przychodów całej gospodarki.

Blackout a gospodarka

Nie bez powodu do dzisiejszej gospodarki dodaje się często przymiotnik „cyfrowa”. Ekonomia oparta na danych to dzisiaj niepodważalny fakt. W raporcie „The Value of Our Digital Identity” autorstwa Boston Consulting Group, wartość wszystkich anonimowych danych zgromadzonych o internautach z obszaru całej Unii Europejskiej, w 2020 roku ma zbliżyć się do okrągłego biliona euro. Oznacza to, że finansowo będą równoważne blisko 8 proc. PKB, generowanych przez wszystkie państwa Wspólnoty. Na tej fali najwięcej zarobią firmy zajmujące się analityką i monetyzacją danych.

Dane stają się nową walutą biznesową i odgrywają niebagatelną rolę we współczesnych społeczeństwach informacyjnych. Dla niektórych państw Sieć stała się tak kluczowym elementem życia, że postanowiły formalnie zapewnić do niej dostęp obywatelom. Tak stało się w Finlandii, która jako pierwszy kraj na świecie uznała Internet za „dobro cywilizacyjne”, należące się każdemu człowiekowi. Finlandia zagwarantowała swoim mieszkańcom prawo do minimum jedno megabitowego dostępu do Sieci 1 lipca 2010 roku.

Boleśnie efekt internetowego blackoutu w 2007 roku odczuła Estonia. To niewielkie nadbałtyckie państwo zdecydowało, że wszelkie decyzje administracyjne oraz akty prawne będą przechowywane wyłącznie w Sieci, na serwerach państwowych. E-administracja okazała się tyleż śmiałym, co i trochę przedwczesnym posunięciem, zwłaszcza biorąc pod uwagę geopolityczne położenie Estonii. Anonimowi cyberterroryści sparaliżowali funkcjonowanie estońskiej gospodarki i polityki atakami typu DDoS (Distributed Denial of Services). Bombardowali estońskie serwery rządowe gigantyczną liczbą zapytań, doprowadzając tym samym do ich przeciążenia. Przejęli i wykorzystali sieć połączonych ze sobą komputerów zainfekowanych złośliwym oprogramowaniem (botnet), do rozsyłania wiadomości-śmieci. Dwa największe estońskie banki, Hansapank i SEB Ühispank, musiały zawiesić usługi on-line i wstrzymać transakcje zagraniczne.

– Przykład ataków DDoS na Estonię pokazuje, że dzisiaj wcale nie trzeba agresji militarnej, by sparaliżować politykę. Wystarczy odciąć Internet, by cały kraj pogrążył się w chaosie – zauważa Ewelina Hryszkiewicz z Atman. Jej zdaniem nietrudno wyobrazić sobie podobny scenariusz w Polsce – Estonię sparaliżowała seria ataków DDoS, których realizacja nie wymaga specjalistycznej wiedzy informatycznej. Dlatego są one tak groźne. W Polsce ofiarą takich ataków padł niedawno np. Plus Bank, który utracił dane kilkudziesięciu klientów, czy LOT, który z tego powodu musiał tymczasowo zawiesić loty. To dwie duże firmy, które teoretycznie powinny być dobrze zabezpieczone przed podobnymi zdarzeniami, ale jak się jednak okazuje, nie były – dodaje Ewelina Hryszkiewicz.

Gadi Evron, izraelski ekspert ds. bezpieczeństwa, który w czasie ataków był w Estonii, stwierdził: „Za pomocą cyber-bomby Estonia została niemal zepchnięta do epoki kamiennej”. Szacuje się, że w wyniku działań hackerów i trwającego kilka dni internetowego blackoutu, Estonia straciła nawet miliardów dolarów. Te wszystkie statystyki być może nie przemawiają do naszej wyobraźni tak, jak powinny. Brakuje w nich „pierwiastka ludzkiego”, czyli historii konkretnego człowieka. Tę zdecydował się napisać Brett Baker.

Dobrowolny „power off”

Brett Baker to bloger z ChicagoNow, który postanowił przekonać się na własnej skórze, jak to jest żyć miesiąc bez Internetu. I 9 listopada 2015 roku dobrowolnie wyciągnął wtyczkę do globalnej Sieci, decydując się na blisko 2 miesiące (52 dni) offline. Jak sam przyznaje – na początku było… stosunkowo łatwo.

Z rozbawieniem spoglądałem na rosnącą każdego dnia liczę powiadomień z Facebooka: »Brett masz 74 nowe powiadomienia… 83 … 96…« – pisze Brett Baker na swoim blogu Dry it in the Water – Naprawdę bardzo chcieli, żebym zalogował się na portalu i przeczytał te wszystkie powiadomienia. Gdy jednak ich liczba sięgnęła 99, Facebook przestał liczyć. Później codziennie otrzymywałem wiadomość, że mam 99 nieprzeczytanych powiadomień. Facebook może i gromadzi setki milionów ludzi z całego świata, ale najwidoczniej potrafi liczyć tylko do 99.

Koniec końców Baker przyznał, że miesiąc bez Sieci okazał się dla niego ciężką próbą i nie lada wyzwaniem. Jego znajomi w towarzystwie rozprawiali o tematach, o których on często nie miał zielonego pojęcia. Wiedzieli więcej niż on, bo byli online. Wiedzieli „wszystko” – i wiedzieli to szybciej. Oczywiście eksperyment Bakera można uznać za w pełni kontrolowany. Z góry zakładał, że do Internetu oczywiście powróci (w końcu żyje z blogowania…), co też obwieścił w poście I’m Back After Quitting the Internet, który rozpoczął od słów: Wracam do Internetu. Tęskniliście za mną? Podejrzewam, że pewnie nie.

W każdym razie Baker też nie tęsknił. Z rozbrajającą szczerością przyznał, za przez te 52 dni brakowało mu tylko jednego: – Bez urazy, moi przyjaciele z Facebooka, ale niespecjalnie się za wami stęskniłem. To sam Facebook wywoływał we mnie to przeraźliwe poczucie tęsknoty.

Tak czy inaczej Baker w jakimś stopniu pozostał online. W końcu otrzymywał powiadomienia z Sieci dotyczące jego aktywności. Nawet jeśli ich nie odczytywał, to nie przestawał o nich myśleć. Znamienne, że pierwszą rzeczą, którą zrobił bloger ChicagoNow zaraz po podpięciu wtyczki do Internetu, było odwiedzenie Facebooka i przeczytanie zaległych powiadomień… W końcu sam przyznał, że jego eksperyment poniekąd poniósł fiasko: – Nie porzuciłem Internetu tak intensywnie, jak to planowałem na początku, pisząc posta „Dlaczego odchodzę z Internetu” kilka miesięcy temu. Bezpieczniej byłoby natomiast powiedzieć, że na pewno korzystałem z Internetu rzadziej niż wy.

Mimo swojej początkowej deklaracji Baker nie opuścił Internetu. Jedynie lekko uchylił drzwi do świata offline. Cały eksperyment był przez niego kontrolowany od początku do końca. Mógł wrócić do Sieci w dowolnej sekundzie. W przypadku cyfrowej apokalipsy takiego komfortu nie miałby już żaden człowiek.

Informacje: www.cloudtechnologies.pl